Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jace. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Od Jace'a cd. RozaliI
Patrzyłem na odchodzącą Rozalię, starając się ignorować rozlewające się w moim sercu poczucie winy.
Mój umysł próbował pocieszać mnie racjonalnymi faktami...
Byłem tylko dzieckiem. Nie mogłem od tak wrócić...
Ale moje serce nadal uparcie trzymało się swojego zdania.
...A może i mogłem.... Prawdą jest, że nie dążyłem do tego... Nie chciałem denerwować ojca, który i tak był rozczarowany faktem, że zniknąłem mu z oczu na obcym i w gruncie rzeczy niebezpiecznym statku.
Jeszcze chwilę temu byłem pewien, że tamta Roza umarła... A teraz. Dosłownie przed sekundą widziałem ją naprzeciwko siebie. Widziałem ją, kiedy próbowała określić w zdaniu wszystkie targające nią emocje. I widziałem ją kiedy się poddała. Kiedy zrozumiała, że określać je znaczy ograniczyć, a przecież jej uczucia były zbyt silne, aby je zamknąć w słowach. I widziałem jak, lalka, która była milczącym świadkiem wszystkiego, co ta dziewczyna przeżyła przez te wszystkie lata, ląduje w błocie. Bo to wszystko przestało się liczyć.
Mój wzrok skierował się na tonącą lalkę.
Zamknąłem oczy, słysząc jak Rozalia wściekłym krokiem się oddala.
-Przepraszam - powiedziałem cicho. "Przepraszam" to tak banalne słowo... "Przepraszam" nie zmieni niczego. Nic nie da. Nie jest żadną rekompensatą. A jednak moje "przepraszam" było czymś więcej niż banalnym słowem. Wlałem w nie wszystkie, targające mną emocje...Cały żal i złość na samego siebie...
Moje "przepraszam" nie znaczyło nic.
Są chwile w których słowa nic nie znaczą. Żadne słowa. Nawet te pochodzące prosto z serca, mające największą wagę i najwięcej emocji. Nic nie znaczą... Bo to tylko słowa.
Nie wiem czy Rozalia mnie usłyszała. Może się zatrzymała. Może nawet coś odpowiedziała... Może nawet stała obok mnie.
A może po prostu ruszyła przed siebie, ignorując wszystko za sobą... Wliczając w to moja osobę.
Nie wiem, ponieważ w tamtej chwili świat zniknął. Zniknęła ziemia, niebo, dźwięki i nawet słońce, którym nie potrafiłem się nacieszyć. Tak naprawdę wszystko to nadal istniało. Nie było już tylko mnie, bo nagle to wszystko, tak jak słowa przestało mieć znaczenie.
Ukucnąłem. Wyciągnąłem tonącą lalkę z błota, schowałem do kieszeni spodni i powolnym krokiem ruszyłem w stronę obozu.
~Roza?
sobota, 27 sierpnia 2016
Od Jace'a cd. Rozalia
Miałem zamiar odejść i zostawić tą wściekłą dziewczynę w spokoju. Zrobiłem swoje. Wie o Ziemianach... Reszta niewiele mnie obchodzi. Zawróciłem i powolnym, spacerowym krokiem skierowałem się inną drogą w stronę obozu.
Znając życie zapewne dane mi będzie jeszcze powrócić do tej rozmowy. Może jutro? Albo za tydzień? Zabawne, jak nieraz kilka wypowiedzianych zdań może zaprzątnąć czyjeś myśli na długie godzi...
- Skąd możesz wiedzieć, jakie mogę mieć wspomnienia?
"Albo i krócej" - stwierdziłem w myślach, słysząc zadane przez dziewczynę pytanie.
Odwróciłem się, nie próbując nawet ukryć triumfalnego uśmiechu igrającego gdzieś na mojej twarzy.
-Myślałem, że chcesz wrócić do obozu. -powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do Rozalii. Nie byłem nawet pewien czy dziewczyna usłyszała moje słowa. Nie zareagowała na nie. A może zareagowała? Moje myśli zdążyły pobiec w innym kierunku.
Czy powinienem jej powiedzieć prawdę? Czy nie lepiej po prostu uznać, że zgadywałem? Rozalia była dla mnie niczym czarna plama. Nie miałem pojęcia czy mi uwierzy, ani jak zareaguje na nakreśloną przeze mnie historię... A szczerze mówiąc coraz bardziej denerwowały mnie rzucane przez nią komentarze... Z resztą... Gdyby jednak rewolwer wystrzelił, a ja padłbym martwy to Rozalia raczej miałaby małe szanse na poznanie odpowiedzi... Chyba, że potrafi komunikować się ze zwłokami.
Wzruszyłem ramionami, a uśmiech zniknął z mojej twarzy wraz z kolejnym napływem bardziej poważnych myśli.
Przecież z drugiej strony dziewczyna zasłużyła na odpowiedź. Ma pełne prawo znać wszystkie fragmenty swojego życia, nawet jeśli teraz ich nie pamięta. Czy jeśli nie powiem jej całej prawdy naprawdę będę w jakimkolwiek stopniu różnił się od Ricka i reszty tego kółeczka wzajemnej adoracji?
Moje myśli pędziły jak szalone, gryząc się ze sobą, ścierając i wirując.
"Nie powinienem nic wiedzieć o tej dziewczynie." Ciche, pozornie mało istotne stwierdzenie prześlizgnęła się po całym moim umyśle, pozostawiając po sobie ciszę.
Może po raz pierwszy od bardzo długiego czasu warto powiedzieć prawdę? Wprawdzie całkiem prawdopodobne jest przypuszczenie, że Rozalia w nocy poderżnie mi gardło, troszcząc się o to, aby nikt nie poznał jej przeszłości... Ale z dwojga złego... I tak miałem dzisiaj zginąć. Mogę zginąć jutro w nocy. Śmierć raczej nie ucieknie.
Rozalia odwróciła się i z założonymi rękami i zaciśniętą szczęką czekała na moją odpowiedź. No tak...Moje milczenie prawdopodobnie należy do jednej z najbardziej irytujących rzeczy na tej planecie. Zaraz po włosach, które zapewne wszystkim przeszkadzają, bo dziwnym trafem ich temat pojawia się w każdej rozmowie.
"Panie i panowie dziś po raz pierwszy w historii Jace Befray zamierza powiedzieć tylko prawdę. Witamy na Ziemi."
Cicho westchnąłem, podchodząc do Rozalii. Przeboleję kolejną porcję jej docinek.
- Można powiedzieć, że już się poznaliśmy - powiedziałem, rozpoczynając tym samym moją krótką opowieść.
~Roza? (brak weny, wybacz)
Znając życie zapewne dane mi będzie jeszcze powrócić do tej rozmowy. Może jutro? Albo za tydzień? Zabawne, jak nieraz kilka wypowiedzianych zdań może zaprzątnąć czyjeś myśli na długie godzi...
- Skąd możesz wiedzieć, jakie mogę mieć wspomnienia?
"Albo i krócej" - stwierdziłem w myślach, słysząc zadane przez dziewczynę pytanie.
Odwróciłem się, nie próbując nawet ukryć triumfalnego uśmiechu igrającego gdzieś na mojej twarzy.
-Myślałem, że chcesz wrócić do obozu. -powiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do Rozalii. Nie byłem nawet pewien czy dziewczyna usłyszała moje słowa. Nie zareagowała na nie. A może zareagowała? Moje myśli zdążyły pobiec w innym kierunku.
Czy powinienem jej powiedzieć prawdę? Czy nie lepiej po prostu uznać, że zgadywałem? Rozalia była dla mnie niczym czarna plama. Nie miałem pojęcia czy mi uwierzy, ani jak zareaguje na nakreśloną przeze mnie historię... A szczerze mówiąc coraz bardziej denerwowały mnie rzucane przez nią komentarze... Z resztą... Gdyby jednak rewolwer wystrzelił, a ja padłbym martwy to Rozalia raczej miałaby małe szanse na poznanie odpowiedzi... Chyba, że potrafi komunikować się ze zwłokami.
Wzruszyłem ramionami, a uśmiech zniknął z mojej twarzy wraz z kolejnym napływem bardziej poważnych myśli.
Przecież z drugiej strony dziewczyna zasłużyła na odpowiedź. Ma pełne prawo znać wszystkie fragmenty swojego życia, nawet jeśli teraz ich nie pamięta. Czy jeśli nie powiem jej całej prawdy naprawdę będę w jakimkolwiek stopniu różnił się od Ricka i reszty tego kółeczka wzajemnej adoracji?
Moje myśli pędziły jak szalone, gryząc się ze sobą, ścierając i wirując.
"Nie powinienem nic wiedzieć o tej dziewczynie." Ciche, pozornie mało istotne stwierdzenie prześlizgnęła się po całym moim umyśle, pozostawiając po sobie ciszę.
Może po raz pierwszy od bardzo długiego czasu warto powiedzieć prawdę? Wprawdzie całkiem prawdopodobne jest przypuszczenie, że Rozalia w nocy poderżnie mi gardło, troszcząc się o to, aby nikt nie poznał jej przeszłości... Ale z dwojga złego... I tak miałem dzisiaj zginąć. Mogę zginąć jutro w nocy. Śmierć raczej nie ucieknie.
Rozalia odwróciła się i z założonymi rękami i zaciśniętą szczęką czekała na moją odpowiedź. No tak...Moje milczenie prawdopodobnie należy do jednej z najbardziej irytujących rzeczy na tej planecie. Zaraz po włosach, które zapewne wszystkim przeszkadzają, bo dziwnym trafem ich temat pojawia się w każdej rozmowie.
"Panie i panowie dziś po raz pierwszy w historii Jace Befray zamierza powiedzieć tylko prawdę. Witamy na Ziemi."
Cicho westchnąłem, podchodząc do Rozalii. Przeboleję kolejną porcję jej docinek.
- Można powiedzieć, że już się poznaliśmy - powiedziałem, rozpoczynając tym samym moją krótką opowieść.
~Roza? (brak weny, wybacz)
wtorek, 23 sierpnia 2016
Od Jace'a cd: Rozy
Patrzyłem przez chwilę na broń w ręce dziewczyny. Nie drżała... W tamtej chwili uświadomiłem sobie, że Roza naprawdę mogłaby mnie zabić. Że mogę zginąć... Tylko czy perspektywa śmierci naprawdę miała jakieś znaczenie?
Zamiast rozsądnego strachu w moim sercu narodził się smutek. Współczucie. Przed oczami wciąż miałem widok małej Rozalii, trzymającej w ręce kawałek szmatki i patrzącej na mnie, kiedy znikałem w korytarzu. Może pomyślała wówczas, że wrócę? Tamta Roza umarła. Zniknęła tak, jak znikają wspomnienia w dziurach pamięci. Zabiła ją niebieskowłosa Rozalia, która teraz stoi przede mną. Możliwe, że zabiła ją tym samym rewolwerem.
Niespodziewanie smutek został wyparty przez gniew, który niczym morska fala rozlał się po całym moim ciele. Co się stało? Co ONI jej zrobili? Przekierowałem jednak całą złość na kogoś innego. Na siebie. Przez cholerne osiem lat nie raczyłem zainteresować się tą sprawą. Osiadłem na laurach, nigdy więcej nie zastanawiając się nad losem dziewczyny. Przecież... Wystarczyło powiedzieć cokolwiek...Komukolwiek. Chociażby mojemu ojcu. Evan miał w sobie dość charyzmy i desperacji, aby pomóc każdemu, kto pomocy potrzebował. Ale Evan nigdy nie miał szans nikomu pomóc...Nigdy o niczym się nie dowiedział.
A ja... Nie zrobiłem nic... Nic co mogłoby zmienić bieg wydarzeń. To ja stałem się czarnym charakterem w całej historii Rozalii. Nie inne dzieciaki. Nie niereagująca długonosa kobieta... Ja.
Teraz konsekwencja moich działań stała przede mną celując rewolwerem w moją głowę. I może właśnie na tym polega płacenie za swoje błędy? Może nasze niedokończone działania, niczym niedociągnięcia w nas samych będą nas prześladować przez całe życie. A może...
Spojrzałem ponownie na rewlower, po czym mój wzrok prześlizgnął się na palce dziewczyny, bawiące się spustem. Spojrzałem na jej wyciągniętą rękę, niebieskie włosy i oczy, które teraz zasłoniła pod ciemnymi okularami.
Zrobiłem powolny krok do przodu, pozwalając aby lufa broni dotknęła mojej głowy.
- Moja śmierć będzie bezsensowna. Nie zmieni, ani nie zatrzyma biegu wydarzeń. Nie usunie wspomnień, które chcesz zapomnieć. Ale...Prędzej czy później i tak wszyscy tutaj zginiemy... Dlaczego nie zakończyć tego teraz? - naparłem delikatnie czołem na rewolwer, szczerze się uśmiechając. - Właściwie to chciałem tylko cię ostrzec przed Ziemianami. Jest ich wielu... I są coraz bliżej obozu. - puściłem oko do dziewczyny. -Teraz możesz strzelać.
~Rozalia?
Zamiast rozsądnego strachu w moim sercu narodził się smutek. Współczucie. Przed oczami wciąż miałem widok małej Rozalii, trzymającej w ręce kawałek szmatki i patrzącej na mnie, kiedy znikałem w korytarzu. Może pomyślała wówczas, że wrócę? Tamta Roza umarła. Zniknęła tak, jak znikają wspomnienia w dziurach pamięci. Zabiła ją niebieskowłosa Rozalia, która teraz stoi przede mną. Możliwe, że zabiła ją tym samym rewolwerem.
Niespodziewanie smutek został wyparty przez gniew, który niczym morska fala rozlał się po całym moim ciele. Co się stało? Co ONI jej zrobili? Przekierowałem jednak całą złość na kogoś innego. Na siebie. Przez cholerne osiem lat nie raczyłem zainteresować się tą sprawą. Osiadłem na laurach, nigdy więcej nie zastanawiając się nad losem dziewczyny. Przecież... Wystarczyło powiedzieć cokolwiek...Komukolwiek. Chociażby mojemu ojcu. Evan miał w sobie dość charyzmy i desperacji, aby pomóc każdemu, kto pomocy potrzebował. Ale Evan nigdy nie miał szans nikomu pomóc...Nigdy o niczym się nie dowiedział.
A ja... Nie zrobiłem nic... Nic co mogłoby zmienić bieg wydarzeń. To ja stałem się czarnym charakterem w całej historii Rozalii. Nie inne dzieciaki. Nie niereagująca długonosa kobieta... Ja.
Teraz konsekwencja moich działań stała przede mną celując rewolwerem w moją głowę. I może właśnie na tym polega płacenie za swoje błędy? Może nasze niedokończone działania, niczym niedociągnięcia w nas samych będą nas prześladować przez całe życie. A może...
Spojrzałem ponownie na rewlower, po czym mój wzrok prześlizgnął się na palce dziewczyny, bawiące się spustem. Spojrzałem na jej wyciągniętą rękę, niebieskie włosy i oczy, które teraz zasłoniła pod ciemnymi okularami.
Zrobiłem powolny krok do przodu, pozwalając aby lufa broni dotknęła mojej głowy.
- Moja śmierć będzie bezsensowna. Nie zmieni, ani nie zatrzyma biegu wydarzeń. Nie usunie wspomnień, które chcesz zapomnieć. Ale...Prędzej czy później i tak wszyscy tutaj zginiemy... Dlaczego nie zakończyć tego teraz? - naparłem delikatnie czołem na rewolwer, szczerze się uśmiechając. - Właściwie to chciałem tylko cię ostrzec przed Ziemianami. Jest ich wielu... I są coraz bliżej obozu. - puściłem oko do dziewczyny. -Teraz możesz strzelać.
~Rozalia?
niedziela, 21 sierpnia 2016
Od Jace'a cd Rozalii
Patrzyłem na dziewczynę z mieszaniną irytacji i... Czegoś czego nie potrafiłem nazwać. Zachowywała się jak małe, rozpuszczone dziecko, próbujące grać kogoś starszego. Niekulturalne słowa mi nie przeszkadzały ale...
Kiedy spadła, okulary przeciwsłoneczne zsunęły się jej na nos. Teraz założyła je dumnie na czoło i w dalszym ciągu kroczyła w stronę obozu... Jednak jej oczy. Niebieskie, znacznie jaśniejsze się od moich... Oczy które zapadają w pamięci i zdają się przewiercać czyjaś duszę na wylot...Już kiedyś widziałem te oczy. Dawno temu...Zatrzymałem się delikatnie masując skroń.
Rozalia, Rozalia, Rozalia...Ro...Za!
Moje myśli, niczym burzowa chmura pomknęły w stronę jednego z najszczęśliwszych i najważniejszych wspomnień mojego życia.
***
Byłem prawdopodobnie najszczęśliwszym dziewięciolatkiem na Arce. Dzisiaj, po raz pierwszy miałem zobaczyć co takiego robi prawdziwy strażnik. Tata zabrał mnie na rutynowy patrol do najbiedniejszej części Arki... Na Walden. Cóż... Gdyby moja mama żyła, zapewne oponowałaby wysyłania dziewięciolatka do Arkowch "slumsów" gdzie rzesze głodujących ludzi, snują się po korytarzach, marząc o odrobinie chleba dla siebie lub bliskich.
Jednak moja matka z oczywistych względów nie miała szans oponować. Z resztą przytłaczający wygląd Waldena nie zrobił na mnie wrażenia... Głównie dlatego, że byłem zwykłym, szczęśliwym, nieświadomym dzieckiem i po prostu nie zdawałem sobie sprawy z panującej tam sytuacji... Owszem... Ludzie byli chudsi, ale... Szczerze mówiąc byłem zbyt podekscytowany "moim" patrolem, aby się nad tym zastanawiać. Z dumną miną kroczyłem więc obok mojego taty, czując się jak najważniejsza osoba w tym miejscu. Co chwila zerkałem na ojca, patrząc na jego mundur, widząc w nim bohatera. Prawdziwego obrońcę prawa.
-Hej wy tam! - z zachwytem patrzyłem, jak mój tata podbiega do dwóch walczących mężczyzn, wyglądających tak, jakby mieli zamiar rozerwać się na strzępy. Podbiegł do nich i...
Moją uwagę odwróciła zniszczona, sflaczała piłka, która uderzyła o tył moich nóg, niemal mnie przewracając.
-Hej! Oddaj! - zawołał chudy, ale niezwykle wysoki chłopak, który właśnie wybiegł z przyległego korytarza. Zatrzymał się, widząc moją twarz. - Ktoś ty? - zapytał.
- Yyy
Chłopak przeniósł wzrok na mojego, wciąż zajętego ojca
-Cholera. - stęknął, zupełnie tracąc zainteresowanie moją osobą. Złapał piłkę i pognał w stronę korytarza, z którego się wynurzył.
-Hej czekaj! - krzyknąłem ruszając w pościg za chłopakiem. Dogoniłem go, starając się dorównać, jego długim susom.
- Prawdziwe przekleństwo. Stary! Jeśli patrol by nas zauważył to po nas! Wiesz co grozi za wychodzenie z domu bez zgody? Wyobrażasz sobie co by było gdyby nakrył nas STRAŻNIK? Zawsze jak się pojawiają są problemy. Potrzebni jak w dupie koszula ci strażnicy. - chłopak biegł, nawijając, a ja zupełnie nic nie rozumiejąc biegłem za nim. Co złego było w moim ojcu?
W końcu wybiegliśmy na większe, okrągłe zakończenie korytarza. Moim oczom ukazała się duża grupa dzieci. Dalej siedziała długonosa kobieta, gmerająca coś przy swojej bransoletce. Kilku chłopców podbiegło do mnie i do chłopaka.
-Brawo Rick! Gramy dale... Hej! Kto to jest? - drugi, równie patykowaty chłopak spojrzał na mnie z pogardą. - Gdzie to znalazłeś? - zapytał, przy akompaniamencie chichotów znajomych.
Rick jednak nie odpowiedział. Rozjuszony minął tłumek i podszedł do niskiej prawdopodobnie młodszej dziewczyny.
-Co ty sobie wyobrażasz, co! Gdzieś ty była?! Pamiętasz co mówiłem? Podczas meczu masz tu STAĆ i GONIĆ piłki! - chłopak wydzierał się na nią, podczas gdy prawdopodobna opiekunka dalej gmerała coś przy swojej biżuterii. Dziewczyna skuliła się, lekko się cofając. - Możesz się z tym pożegnać- warknął Rick wyszarpując z kieszeni coś na kształt lalki... Była to niezidentyfikowanego koloru, szmatka, która jeśli się przyjrzeć, miała kształt człowieka. Dziewczynka otworzyła szerzej oczy, nie protestując jednak, gdy chłopak złapał lalkę w dwa palce.Patrzyłem za całą scenę z niedowierzaniem. Nie spotkałem się z czymś takim wcześniej na Arkadii. W moim sercu zakiełkowało przyjemne uczucie gniewu, rozlewając się po całym ciele.
Co to znaczy pożegnać?
Zbliżyłem się do chłopaka, wyszarpując z jego reki "lalkę"
-Co ty..
-Jace Befray - szepnąłem, tak aby reszta chłopców nie usłyszała moich słów. - Syn strażnika Evana Befraya - wysyczałem, delikatnie się uśmiechając. - Więc jaka jest kara za opuszczenie wyznaczonego terenu i zauważenie przez strażnika? Oraz obrażanie go? - zapytałem, widząc różne, zmieniające się emocje na twarzy chłopaka. Rick prychnął gniewnie, opluwając mnie przy tym śliną, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę kolegów, mamrocząc coś do nich szeptem.
Odwróciłem się do dziewczynki oddając jej zabawkę. Jej błękitne oczy nadal wyrażały przerażenie.
- Jestem Jace - powiedziałem, starając się brzmieć przyjaźnie i miło
-Roza - powiedziała dziewczyna, odbierając swoją zabawkę
-Jace! - krzyk mojego ojca rozległ się echem po korytarzach. Puściłem oko Rozalii po czym pobiegłem korytarzem do taty.
Tamtego dnia, czułem się jak bohater.
***
Uśmiechnąłem się czując niewyobrażalną satysfakcję. Roza... Zmieniła się... Kiedy ją wtedy widziałem miała brązowe włosy i zgarbione plecy. Widocznie zmienił się również jej sposób bycia. Ciężko byłoby mi teraz wyobrazić ją sobie w podobnej sytuacji.
Z resztą. Ja też się zmieniłem. Nic dziwnego, że mnie nie pamięta. Widziała mnie przecież tylko jeden raz w życiu.
Niebieska czupryna dziewczyny z każdym krokiem się oddalała, a ja zorientowałem się, że stoję w miejscu i się na nią gapię.
Podbiegłem do Rozy, starając się ukryć uśmiech igrający na mojej twarzy. Jej twarz z reguły wyrażała rozdrażnienie... Wyglądała jakby za chwilę miała się rzucić na mnie z pięściami.
- Nie przypominasz osoby, która z całego serca pragnie śmierci. - powiedziałem chcąc ostrzec ją przed niebezpieczeństwem Ziemian.
~Rozalia
sobota, 13 sierpnia 2016
Od Jace'a cd Rozalii
Sen zakończył się tak nagle, jak się rozpoczął, pozostawiając mnie dyszącego i zlanego potem na prostej pryczy, którą obrałem sobie za łóżko. Leżałem chwilę, pozwalając, aby krople potu spłynęły z mojego czoła, gdzieś we włosy.
W całym namiocie było niemiłosiernie gorąco, a przez materiał czułem ostre promienie słońca. Uśmiechnąłem się delikatnie. Słońce to jedna z tych rzeczy, do których długo nie będę mógł się przyzwyczaić. Owszem. Widziałem je z zabrudzonych okien Arkadii, ale co innego widzieć słońce, a co innego czuć jego promienie na skórze, widzieć jak działa na wszystkie rośliny i zwierzęta żyjące wokół.
Zaśmiałem się krótko. Może, jeśli dożyję starości przyjdzie mi zostać żyjącym w zgodzie z naturą dziadkiem, który wstaje o 4 rano, aby podlać zwiędłe kwiatki. Przeciągnąłem się i niechętnie wyszedłem z namiotu, prosto w promienie porannego słońca.
***
Kroczyłem powoli wśród gęstych zarośli. Słońce było już wysoko, a niewinne poranne promyczki przemieniły się w istny żar, którego nawet wszechobecne drzewa nie mogły powstrzymać.Teoretycznie tropiciele na zwiadzie powinni poruszać się dwójkami, jednak ja pod pretekstem wykonywania swoich obowiązków, mogłem w każdej chwili wyjść z obozu setki. W rezultacie zamiast przydzielonych mi dwóch patroli dziennie, robiłem cztery. Powód był niezwykle prozaiczny. Po prostu nie przemawiało do mnie siedzenie w obozie i pomaganie np. przy stawianiu namiotów, dla dobra ogółu. Wolałem udawać, że robię coś pożytecznego, będąc poza bramami. Nasze ograniczenie na arkach trwało zbyt długo, abym teraz z uśmiechem na twarzy słuchał rozporządzeń Clarke, która dla naszego dobra zatrzymuje nas na określonym pasie ziemi, jak stado bydła. Oczywiście doskonale rozumiem sposób myślenia dziewczyny. Ba. W pełni go popieram. Łatwiej zapewnić nam bezpieczeństwo, kiedy siedzimy za bramami obozu.
Ja po prostu wyjątkowo nie lubię być bezpieczny. Poza tym, będąc człowiekiem małej wiary nie wierzę, że wzniesiona na prędce brama byłaby w stanie powstrzymać prawdziwe niebezpieczeństwo.
Jeśli chodzi o niebezpieczeństwo... Ostatnio w pobliżu terenów zauważyliśmy kilku ziemian. Niby nic wyjątkowego, ale setka powinna mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo co...
Moje typowo zawodowe rozmyślania przerwał niecodzienny widok niebieskowłosej dziewczyny, maszerującej dość chwiejnym krokiem po niewysokim murku. Najwyraźniej nie tylko ja nie respektowałem rozporządzeń Clarke... Miałem jednak cichą nadzieję, że setka bardziej przejmie się nadchodzącymi ziemianami.
- Hej - zawołałem niebieskowłosą z zamiarem opieprzenia jej za pałętanie się poza bramą. Taki był mój obowiązek... Chyba.... Dziewczyna jednak albo mnie zignorowała, albo po prostu nie usłyszała. Z cichym westchnieniem ruszyłem w jej stronę, z rozbawieniem patrząc, jak ta, niczym wściekła kura kroczy po murku.
Z chwili na chwilę zauważałem coraz więcej szczegółów. Wyglądało na to, że dziewczyna ubrana była jedynie w stanik i krótkie spodnie. Nie żeby zrobiło to na mnie większe wrażenie... "Atrybuty" dziewczyny były raczej znikome. Zaśmiałem się cicho do własnych, typowo męskich myśli, po czym podszedłem pod sam murek.
Dziewczyna miała zamknięte włosy, co wyjaśniało jej dziwny, chwiejny chód. Kojarzyłem jej włosy. Możliwe, że widziałem ją kilka razy w obozie, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć jaką pełni funkcję i czy jest jakoś upoważniona do wychodzenia poza bramy obozu. Dokładnie w momencie, kiedy otworzyłem usta, aby o to zapytać, dziewczyna zahaczyła ręką o jedną z gałęzi niewysokiego drzewka, straciła równowagę i spadła prosto na mnie.
Łokieć dziewczyny wbił mi się w brzuch, przy czym cicho jęknąłem zaskoczony i razem z niebieskowłosą przewróciłem się na trawę.
- Hej! - warknąłem, wyplątując się z włosów dziewczyny i wstając. - Chodzenie z otwartymi oczami jest dużo prostsze...Powinnaś spróbować. Może ograniczysz upadki z wysokości. - powiedziałem, pobieżnie otrzepując się z liści.
~Roza?
piątek, 12 sierpnia 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)
